The same night we met Ania & Adam at dinner and introduced ourselves to their friends - Ania & Darek, from Łódź, who they met on their first day in the hotel (and we met on their second day). We clicked straight away and spent the night together, first getting sloshed in the hotel, trying our salsa moves during that evening’s Animacion and finally walking into Varadero to check out some local “clubs”. Even at night Cuba is a hot country, so all clubs are basically outdoors, with maybe a roof and no walls, to let the breeze in. After a round of mojitos at Calle 62 and some more salsa on the street we walked back to the hotel and collapsed into beds.
The next day we came to grips with our new financial situation and somehow it didn’t seem all that bad. Lounging at the beach the previous day put us in very good moods and we could see ourselves doing little more than just that - gently bobbing on the swell of the turquoise waters. Bliss. We took our snorkeling gear into water but apart from some mildly interesting sand formations there was nothing to be seen underwater, no fish, no corals, no aquatic plants. The day was again hotting up quickly, with a short break around lunchtime for some torrential rain, which we took advantage of by getting into the sea and savouring the sensation of much cooler rain on our body bits sticking out of the warm sea water.
After lunch we decided to go see Varadero and armed with a list of interesting places to see given to us by Lazaro (market, art gallery, another market, cigar shop, another market) we started walking at the 64th street. Straight away we were approached by a guy with a horse-drawn carriage offering us a ride.
- Long walk, hot day, for 10 pesos I take you to the markets - his offer did sound tempting, but our financial situation was still too dire for throwing 10 pesos at the first opportunity.
- No thanks, we’ll walk
- I’ll take you both for 6 pesos! - that’s right, feign indifference and the offers start rolling in. But we really wanted to walk and see Varadero up close, so we thanked him and walked.
At around Calle 50 we were pulled off the street by another Cuban.
- Cigars, cheap! - he offered - Come, come!
Since Lukas did want to buy some cigars, we followed him into the front room of his house, where the only furnishings were a couple of chairs, a small table and a TV with a DVD player. Instead of glass windows there were iron shutters, closed to stop sunshine and the heat of the day entering the house. He brought out some cigar boxes, let us smell and roll the cigars, constantly ensuring us they are the real thing.
- Real, from factory, Montechristo, Cohiba, smell, smell! - enthusiastically presenting his merchandise. We hit a bit of a stumbling block when it came to negotiations. He didn’t know the price for the Montechristos, called the factory, but nobody picked up, so he came up with a price.
- 30 pesos - hmm, is that even a good price? We had no idea.
- I’ll give you 15 pesos - Lukas tries his hand at bargaining.
- FifTEEN? - The look on the Cuban’s face was priceless. It told us we went too far. He was shocked and really taken aback by such blatant attempt at daylight robbery.
- OK, then, no deal - we thanked him and walked out. No shaking of hands this time. Later on we went into a cigar shop in Varadero and found out that he really did have good prices, assuming he was selling the real deal, and not some dried banana leaves. After this adventure we were very careful not to engage in too much chatter with locals to avoid disappointment on both sides.
We kept on walking along the main street, passing markets with Cuban “art” and souvenirs, the local party headquarters, posh tourist shops and local grocery stores with empty shelves and people queuing outside. We saw the odd Cuban on a bike with a cigar in his mouth, always with a cigar in his mouth. We were passed by young Cubans coming home from work, usually two on a bike, one pedaling, the other hanging onto the handlebars. More horse-drawn carriages offering us rides, taxis honking to draw our attention, sweaty tourists, local bars inviting us for a drink in the shade. Finally, we made it to Calle 15, where the main market was located. Indeed, it was bigger than the other markets, so we walked around looking at the selection of the local arts and “arts”, trying to plan for souvenirs. In the end we bought two ceramic masks and that was it. Our Cuban souvenirs purchased! A quick trip to the local beach and we were ready to head back to the hotel.
- Let’s see if one of the coco taxis takes us back to the hotel - I wasn’t about to walk back all the way!
- 5 pesos each - was the price. Luckily, strategically placed 6 pesos in loose change, presented to the lady driver changed the price in our favour. 10 minutes of a nice cooling ride in an open cab of a motorcycle powered taxi and were ready to jump into the cooling waters of our hotel pool.
Tego samego wieczora spotkaliśmy się z Anią i Adamem na kolacji, gdzie przedstawiliśmy się też ich nowym znajomym, Ani i Darkowi z Łodzi. Od razu przypadliśmy sobie do gustu i resztę wieczora spędziliśmy grupowo, najpierw popijając drinki w hotelowych barach, tańcząc salsę podczas zajęć Animacion i w końcu wychodząc do baru Calle 62 w Varadero. Nawet wieczory na Kubie są tak gorące, że bary i kluby składają się z reguły z dachu wspartego na palikach, żeby ochronić przed deszczem, a jednocześnie zapewnić ruch powietrza. Po rundce mojitos i kolejnej dawce salsy podczas ulicznego tańczenia wróciliśmy do hotelu i padliśmy do łóżek.
Następnego dnia humory mieliśmy dużo lepsze, jakoś pogodziliśmy się z naszą sytuacją finansową, w czym pomogło nam spędzenie poprzedniego dnia na plaży. Zdecydowaliśmy, że w sumie niewiele więcej trzeba robić na Kubie, wystarczy pomoczyć się w turkusowej wodzie i też będzie dobrze. Kolejny dzień rozpoczęliśmy więc właśnie tak - zabraliśmy nasz sprzęt do nurkowania i poszliśmy na plażę. Niestety, nie było raczej czego podziwiać w wodzie, bo poza piaskiem nic tam nie było. Powygłupialiśmy się więc, wykorzystując tropikalny deszcz w okolicach lunchu na pomoczenie się w ciepłej wodzie z dużo chłodniejszym deszczem padającym na wystające części ciała. Super odczucie!
Po lunchu zdecydowaliśmy się przejść do Varadero i z listą miejsc wartych odwiedzenia, którą dał nam Lazaro, powędrowaliśmy do miasta. Już na wysokości 64. ulicy (Calle 64) zostaliśmy zaczepieni przez woźniczego dorożki.
- Daleka droga, gorąco, zawiozę was na market za 10 pesos - ciekawa oferta, ale nasza sytuacja finansowa nie pozwalała na rzucanie pieniędzmi w pierwszego napotkanego człowieka.
- Nie, dziękujemy, przejdziemy się
- To ja was zawiozę za 6 pesos! - no tak, wystarczy udać brak zainteresowania i oferty się polepszają. Ale chcieliśmy zobaczyć Varadero z bliska, więc podziękowaliśmy i rozpoczęliśmy spacer.
Gdzieś na wysokości Calle 50 znów zostaliśmy zaczepieni, tym razem przez przypadkowego lokalnego.
- Cygara, tanio! - zachęcał - Chodźcie, chodźcie!
Łukasz i tak chciał kupić jakieś cygara, więc pozwoliliśmy się zaprowadzić do domu, do pokoju z przodu domu, umeblowanego dwoma krzesłami, stolikiem, telewizorem i odtwarzaczem DVD. Zamiast szyb w oknach były żelazne żaluzje, zamknięte dla ochrony przed słońcem. Kubańczyk przyniósł kilka pudełek cygar, dał do powąchania i do pomacania, cały czas zapewniając, że to prawdziwe cygara.
- Prawdziwe, z fabryki, Cohiba, Montechristo, powąchajcie - zachęcał do zakupu. Zrozumienie skończyło się przy cenie - on nie był pewien ile powinien chcieć za pudełko Montechristo, zadzwonił do fabryki, ale nikt nie odbierał, w końcu sam wymyślił cenę.
- 30 pesos - hmmm, ale czy to dobra cena? Nie wiedzieliśmy, jeszcze nie mieliśmy okazji zobaczyć cygar w normalnym sklepie.
- Dam ci 15 pesos - Łukasz próbuje wytargować lepszą cenę.
- PiętNAŚCIE? - mina Kubańczyka dużo nam wyjaśniła, szok na tak bezczelną próbę zbicia ceny, od razu wiedzieliśmy, że nic z tego nie będzie.
- No dobra, to nie kupujemy, dziękujemy - wyszliśmy, tym razem już bez podania rąk. Później weszliśmy do sklepu w Varadero i okazało się, że faktycznie dobre ceny miał, ale cóż, za poźno. No i jaką mieliśmy gwarancję, że nie były to suszone liście bananowca zamiast tabaki? Po tej przygodzie nie dawaliśmy się wciągać w dyskusje z lokalnymi, żeby uchronić obie strony od niepotrzebnych rozczarowań.
Szliśmy dalej główną ulicą Varadero, mijając markety ze “sztuką” kubańską i pamiątkami, lokalny oddział partyjny, odstrzelone sklepy dla turystów z półkami uginającymi się pod kolorowymi produktami i sklepy dla Kubańczyków z pustymi półkami i kolejkami. Widzieliśmy starszych Kubańczyków na rowerach, z cygarami w ustach - zawsze z cygarem. Widzieliśmy młodszych Kubańczyków wracających na rowerach do domu, z reguły po dwie osoby, jedna pedałuje, a druga trzyma się kurczowo kierownicy. Mijały nas dorożki, taksówki trąbiące, by zwrócić naszą uwagę, spoceni turyści w barach zachęcających do przerwy w cieniu z zimnym drinkiem. W końcu dotarliśmy do Calle 15, gdzie według instrukcji Lazaro znaleźliśmy największy market w Varadero. Przeszliśmy się między namiotami, podotykaliśmy wyrobów i zdecydowali się na dwie ceramiczne maski jako pamiątki z Kuby. Z poczuciem dobrze spełnionego turystycznego obowiązku poszliśmy jeszcze zobaczyć lokalną plażę i postanowili wracać do hotelu.
- Może spróbujemy wziąć jedna z coco-taksówek pod hotel? - nie miałam zamiaru wracać na piechotę tą samą długą drogą w skwarze.
- 5 pesos od osoby - niezła cena. Na szczęście mieliśmy strategicznie schowane 6 pesos w drobniakach, które przekonało panią kierowcę do zawiezienia nas obojga, mimo braków finansowych. Dziesięć minut przyjemnej jazdy w odkrytej kabince motocyklowej taksówki i już mogliśmy wskoczyć do chłodnej basenowej wody.