ATAAHUA ORA

…beautiful life

Archive for June, 2008

Blooms, flowers everywhere! / Kwiaty, kwiaty wszędzie!

Posted: Monday, June 30th, 2008 @ 3:33 pm in Canada, OE | 5 Comments »

March is cherry blossom month. April is tulip month. Finally, after months of bare branches and dead lawns Mother Nature is letting loose. And I’m loving it! Along with all these colours came warmer weather, longer days and more sun. It also provides us with activities other than snowboarding, like biking the cherry trees or photographing the tulip fields. Or, just because we can, sightseeing in Seattle and, on the way back, visiting Whidbey Island.


Marzec to miesiąc kwitnących wiśni. Kwiecień to tulipany. W końcu, po długich miesiącach gołych gałęzi i martwych trawników Matka Natura zdecydowała się wyjść z ukrycia. Strasznie mi się to podoba! Razem z kolorami przyszły też dłuższe i cieplejsze dni, więcej słońca i więcej energii. Poza tym możemy teraz korzystać z innych sposobów aktywnego spędzania czasu poza snowboardowaniem. Możemy na przykład pojechać na rowerach szukać kwitnących wiśni lub fotografować pola tulipanów. Albo, tylko dlatego, że mamy wizę i auto, pojechać do Seattle, a w drodze powrotnej zahaczyć o wyspę Whidbey.

Bay of Pigs / Zatoka Świń

Posted: Sunday, June 22nd, 2008 @ 10:58 am in OE | 1 Comment »

We were both really looking forward to Thursday, for which we had planned a trip to the Bay of Pigs to do some diving. The drive to the Bay of Pigs was long and lead us through some Cuban country side, we saw real Cuban townships, real Cuban fields and real Cuban hitchhikers. The bus was full of European tourists, mostly Polish (we were completely surprised by how many Polish tourists there were in Cuba!) and German. The master divers did a pretty good job of speaking in tongues, we heard English, German, Spanish and French flowing freely.

The Bay of Pigs turned out to be just as turquoise blue and just as hot. We were divided into groups, put on our wetsuits and prepared the gear. It was a shore dive, so we lined up on the platform along with the rest of the people (pretty crowded!) and in no time were swimming through the big blue, marveling at the coral formations and fighting with buoyancy control. In fact, I was fighting so much that the dive had to be cut short because I almost ran out of air. I blame the ill-fitting BCD and the fact that it was our first dive after a pretty long break but really should take this as a lesson - need to spend some time practicing buoyancy control after a break in diving. The first dive took us to a wreck and through a swim-through and we got to glimpse on a wall descending into the depths, all covered in corals. We didn’t see too many fish, maybe it was the time of the day, they were all resting, or maybe it was just the site.

After a very short break and change of air tanks we were lining up to get into the water again for our second dive. This time buoyancy was much better controlled and the dive was so much more pleasurable thanks to not thrashing around so much. Still, the guide was swimming way too fast for our liking and we didn’t get to explore as much as we would want to but we got to see a lot of different corals, scared a group of garden eels and swam along the wall, gazing down into the dark blue oblivion.

As usual, the dives were over very quickly, we disassembled our gear, packed it into the bus and it was time to head back. There was no time for one last jump into the water to cool off and I paid the price of that - heat stroke. I was feeling very hot and dizzy when getting onto the bus but just thought it was the combination of the heat and the tiredness after diving and that air conditioning would cool me down. That didn’t happen and I slept through most of the trip back, with breaks for cooling my head with ice cubes bought in a restaurant on the way and stored in our thermal mugs (best thing since sliced bread!). I felt so weak and sick that I went to bed as soon as we got back to the hotel and slept through the rest of the day and the night. Lukas didn’t mind so much, after ensuring I was OK just being dead, he went out for drinks and entertainment with Adam, Darek and both Anias, coming back way after 2am.


Czwartek oznaczał naszą wyczekaną wycieczkę do Zatoki Świń, gdzie mieliśmy dwa nurkowania. Podróż upłynęła nam przyjemnie w autobusie pełnym europejskich turystów, głównie Polaków i Niemców (byliśmy bardzo zdziwieni ilu Polskich turystów było na Kubie), dla przyspieszenia upływu czasu wyglądaliśmy sobie przez okna na prawdziwą Kubę: miasteczka z domkami ciasno jeden przy drugim, wysuszone pola, grupy autostopowiczów na skrzyżowaniach.

Po przyjeździe na miejsce zostaliśmy podzieleni na grupy, założyliśmy pianki i przygotowaliśmy sprzęt. Nurkowaliśmy z brzegu, więc ustawiliśmy się w kolejce do wejścia do wody i już płynęliśmy przez lazurowe wody oglądać koralowce i rybki. Rybek nie było zbyt dużo, może dlatego, że był to sam środek dnia i odpoczywały, albo może po prostu takie to było miejsce, bezrybne. Miałam dosyć duży problem z kontrolą pławności, winę zwalam na źle dopasowaną kamizelkę i długą przerwę w nurkowaniu, ale powinno to być nauczką: po dłuższej przerwie trzeba poświęcić nieco czasu na praktykę pławności. Zwłaszcza w nowym, nieznanym sprzęcie. Podczas pierwszego nurkowania dotarliśmy do wraka, przepłynęliśmy przez jaskinię i zerknęliśmy w otchłań wzdłuż ściany porośniętej koralowcami. Podczas tego pierwszego nurkowania tak walczyłam z pławnością, że bardzo szybko zużyłam powietrze i musieliśmy trochę wcześniej zakończyć pływanie.

Po króciutkiej przerwie i zmianie butli z tlenem znów staliśmy w kolejce do wskoczenia do wody. Tym razem pławność dużo bardziej pod kontrolą, więc i nurkowanie dużo przyjemniejsze. Płynęliśmy wzdłuż ściany, patrząc w otchłań, straszyliśmy węgorze ogrodowe i podziwialiśmy koralowce. Jak na mój gust trochę za szybko płynęliśmy, chętnie spędziłabym więcej czasu po prostu przyglądając się koralowcom.

Wszystko, co miłe szybko się kończy, więc wydawało się nam, że bardzo szybko znów rozkładaliśmy sprzęt i pakowaliśmy się do autobusu. Nie było nawet czasu na ostatni skok do wody dla ochłody, za co przyszło mi zapłacić cenę w postaci udaru słonecznego. Podczas wsiadania do autobusu czułam się słabo, było mi gorąco, ale myślałam, że klimatyzacja w autobusie szybko to załatwi. Niestety, tak się nie stało, więc drogę powrotną spędziłam na zmianę usiłując spać i chłodząc głowę zdobycznymi kostkami lodu zakupionymi w przydrożnej restauracji i trzymanymi w kubkach termicznych (super wynalazek!). Po powrocie do hotelu natychmiast padłam do łóżka i przespałam resztę dnia i całą noc w miłym chłodzie klimatyzacji włączonej na maksa. Łukasz po upewnieniu się, że mam zamiar po prostu cichutko sobie poumierać, wybył na cały wieczór z Aniami, Adamem i Darkiem. Balowali przy drinkowaniu i rozrywce zapewnionej przez hotel aż do drugiej nad ranem.

Habana Mia

Posted: Sunday, June 22nd, 2008 @ 10:13 am in OE | 1 Comment »

So we’re up to Wednesday of our week in Cuba - day 4. Today we’re going to Havana with Ania & Adam! Adam organised a rental car, which he had to rent with a full tank of fuel (paid for - this is how they make their money). We threw our backpacks, litres of water, a few sandwiches swiped from the breakfast buffet and cameras into the car and were ready to go. Adam drove all the way as he was the only insured person - thanks Adam, we know it was hard saying no to all these cold beers :)

First stop - Matanzas. We wanted to see Cuevas de Bellamar, a spectacular network of caves discovered about a hundred years ago. The problem was - we couldn’t find the road that lead to this major tourist attraction! Armed with a very limited Spanish vocabulary and helping communication with wide hand gestures, we stopped a few times in Matanzas and asked for directions. The problem turned out to be our expectation of a “main road”. When we think of a main road we think wide tarmac, footpaths, shops lining the street. Right? Right. But not in Cuba. In Cuba, a main street of a city can look like this. After we established that vital piece of information we were on our way.

The caves turned out to be pretty spectacular and you can read about them and see some pictures here.

Then we were on our way to Havana. First stop - Habana Vieja. Narrow streets lined with colonial buildings, some of them nicely renovated, the others dilapidated and falling apart. Crowds of people everywhere, especially if you stepped sideways into one of the streets not intended for tourists. That’s one of the main attractions of Havana - tourist areas are located right next to residential areas and it’s not unusual to have a street of freshly-renovated buildings (thanks to Unesco and Old Havana’s status as World Heritage Site) next to a street of residential buildings with paint falling off in great big flakes and laundry drying on balconies. There is no such thing as shops in Havana. Sellers set up their merchandise in entrances to their houses and they do invite you to view it but they are not very pushy. Very refreshing!

We spent a few hours just wandering around Havana, looking into courtyards, visiting plazas, snaking our way through the tiny narrow streets along with tourists and residents. On Plaza de Armas we met a group of tourists with a Cuban guide speaking Polish - very funny accent but understandable. We hung around for a little bit but decided it was time for a break. Heading into Hotel Santa Isabel and into it’s beautiful central courtyard we couldn’t resist having a cold beer there.

Refreshed and rested, we headed into the streets again, visiting Plaza Vieja with it’s colourful restored buildings, Ania & Adam giving away a bag of goodies to kids we met on the way, us looking in through windows onto people playing dominoes, tending to their tools of work, or just smoking cigars. Finally, it was time to head back to the car, which we did walking along the Malecon.

Next stop was Modern Havana, where we only stopped on the Plaza de Revolucion to take some pictures. We had some fun setting up the camera on a tripod and being silly, with a very serious guard looking over us. He must have been used to tourists not being completely serious in that place because he didn’t want to confiscate our cameras.

One last stop was the Capitolio back in the Old Havana. We paid the entrance to the main hall, saw the Diamond (a copy!), the third largest indoor statue in the world, gazed at the cupola and admired the ceiling frescoes. We also talked to the guide, who didn’t speak a word of English but still managed to explain about the statue being built in Italy, the lamps in France and that the Diamond marks kilometer zero for Cuba and is no longer the real deal - the real one is now with El Commandante.

Hot, sweaty and tired we piled into the car for the journey back home in order to make it in time for the dinner. And the drinks afterwards!


Tak oto dotarliśmy do środy, czyli czwartego dnia naszego pobytu na Kubie. Na ten dzień zaplanowaliśmy podróż do Hawany z Anią i Adamem, samochodem wypożyczonym przez Adama. Po śniadaniu wrzuciliśmy do bagażnika plecaki, litry wody, kanapki podwędzone ze śniadaniowego bufetu i aparaty i byliśmy gotowi do odjazdu. Dzięki dla Adama za prowadzenie - tylko on był ubezpieczony, więc biedny musiał z ciężkim sercem odmawiać picia zimnych piw :)

Pierwszy przystanek - Matanzas. Tutaj chcieliśmy obejrzeć Cuevas de Bellamar, system jaskiń odkryty niespełna 100 lat temu. Pierwszy problem - nie mogliśmy znaleźć drogi prowadzącej do tej głównej atrakcji turystycznej! Używając naszego bardzo limitowanego hiszpańskiego i wspomagając się gestykulacją zdołaliśmy się skierować na dobrą drogę. Okazało się, że problemem było nasze zrozumienie “głównej drogi” - spodziewaliśmy się szerokiej arterii z chodnikami, sklepami po obu stronach ulicy, a zobaczyliśmy coś takiego. No cóż, Kuba.

Jaskinie okazały się warte przystanku, więcej można poczytać i obejrzeć tutaj.

Po spacerze po przyjemnie chłodnych jaskiniach znowu wpakowaliśmy się do rozgrzanego auta (na szczęście z klimatyzacją!) i pomknęliśmy do Hawany. Na początek postanowiliśmy zwiedzić Starą Hawanę - Habana Vieja. Wąskie zatłoczone uliczki, świeżo odnowione historyczne budynki obok rozpadających się równie historycznych budynków, kolorowe tynki na kolonialnych kamieniczkach i suszące się pranie w uliczkach obok, gdzie mieszkają “zwykli” Kubańczycy. To jest właśnie główna rzecz, która oddziela Hawanę od innych historycznych miast tego kalibru - zwykli ludzie mieszkają w najstarszej, najbardziej zabytkowej dzielnicy miasta, a nie tylko milionerzy i dizajnerskie butiki. W całej Hawanie nie znajdzie się ani jeden butik, a co dopiero milioner (może poza El Commandante). Sklepikarze rozkładają swój towar prosto w wejściach do domów, zachęcając do oglądania, ale nie będąc zbyt nachalnymi.

Po kilku godzinach łażenia po uliczkach dotarliśmy w końcu na Plaza de Armas, gdzie przypadkiem natknęliśmy się na grupę turystów z kubańskim przewodnikiem mówiącym po… polsku! Na chwilkę dołączyliśmy do grupy, ale w końcu zdecydowaliśmy, że czas na przerwę i skierowaliśmy się do Hotelu Santa Isabel, gdzie spokojnie wypiliśmy zimne piwko i odpoczęliśmy w przyjemnym chłodzie centralnego ogródka.

Po odpoczynku weszliśmy znowu między tłumy na wąskich uliczkach, Ania i Adam rozdając cukierki, naklejki, ołówki i kolorowe kredki napotkanym dzieciom. My zaglądaliśmy w okna pozdrawiając grających w domino Kubańczyków, starsze panie palące cygara i ludzi naprawiających swoje narzędzia pracy. W końcu dotarliśmy na Plaza Vieja, gdzie podziwialiśmy kolorowe budynki świeżo odnowione przez Unesco (Stara Hawana została uznana za miejsce Światowego Dziedzictwa). Powoli kierowaliśmy się do samochodu, który zostawiliśmy zaparkowany na Maleconie i po zapłaceniu za parking pojechaliśmy do Nowej Hawany.

W Nowej Hawanie zatrzymaliśmy się tylko na Placu Rewolucji, gdzie powygłupialiśmy się z aparatem na statywie uwieczniającym nasze wygłupy. Placu pilnował bardzo poważny strażnik, ale chyba był przyzwyczajony do turystów nie traktujących tego miejsca śmiertelnie poważnie, bo nie podszedł do nas i nie skonfiskował nam narzędzia zbrodni.

Ostatni przystanek w Hawanie to Capitolio. Weszliśmy do głównej sali, gdzie zobaczyliśmy Brylant (kopię!), trzecią największą statuę na świecie umieszczoną w środku budynku, podziwialiśmy kopułę i freski na suficie. Udało się nam również porozmawiać z przewodniczką, która pomimo nieznajomości angielskiego zdołała przekazać nam, że statua była wykonana we Włoszech, lampy we Francji i że Brylant oznacza kilometr zero na Kubie oraz że jest kopią, a oryginał należy do El Commandante.

Zmęczeni i spoceni władowaliśmy się do auta i ruszyli w drogę powrotną do Varadero, by zdążyć na kolację. No i darmowe drinki wieczorne oraz na zdanie relacji z wycieczki Ani i Darkowi!

Varadero

Posted: Monday, June 16th, 2008 @ 12:41 pm in OE | No Comments »

The same night we met Ania & Adam at dinner and introduced ourselves to their friends - Ania & Darek, from Łódź, who they met on their first day in the hotel (and we met on their second day). We clicked straight away and spent the night together, first getting sloshed in the hotel, trying our salsa moves during that evening’s Animacion and finally walking into Varadero to check out some local “clubs”. Even at night Cuba is a hot country, so all clubs are basically outdoors, with maybe a roof and no walls, to let the breeze in. After a round of mojitos at Calle 62 and some more salsa on the street we walked back to the hotel and collapsed into beds.

The next day we came to grips with our new financial situation and somehow it didn’t seem all that bad. Lounging at the beach the previous day put us in very good moods and we could see ourselves doing little more than just that - gently bobbing on the swell of the turquoise waters. Bliss. We took our snorkeling gear into water but apart from some mildly interesting sand formations there was nothing to be seen underwater, no fish, no corals, no aquatic plants. The day was again hotting up quickly, with a short break around lunchtime for some torrential rain, which we took advantage of by getting into the sea and savouring the sensation of much cooler rain on our body bits sticking out of the warm sea water.

After lunch we decided to go see Varadero and armed with a list of interesting places to see given to us by Lazaro (market, art gallery, another market, cigar shop, another market) we started walking at the 64th street. Straight away we were approached by a guy with a horse-drawn carriage offering us a ride.
- Long walk, hot day, for 10 pesos I take you to the markets - his offer did sound tempting, but our financial situation was still too dire for throwing 10 pesos at the first opportunity.
- No thanks, we’ll walk
- I’ll take you both for 6 pesos! - that’s right, feign indifference and the offers start rolling in. But we really wanted to walk and see Varadero up close, so we thanked him and walked.
At around Calle 50 we were pulled off the street by another Cuban.
- Cigars, cheap! - he offered - Come, come!
Since Lukas did want to buy some cigars, we followed him into the front room of his house, where the only furnishings were a couple of chairs, a small table and a TV with a DVD player. Instead of glass windows there were iron shutters, closed to stop sunshine and the heat of the day entering the house. He brought out some cigar boxes, let us smell and roll the cigars, constantly ensuring us they are the real thing.
- Real, from factory, Montechristo, Cohiba, smell, smell! - enthusiastically presenting his merchandise. We hit a bit of a stumbling block when it came to negotiations. He didn’t know the price for the Montechristos, called the factory, but nobody picked up, so he came up with a price.
- 30 pesos - hmm, is that even a good price? We had no idea.
- I’ll give you 15 pesos - Lukas tries his hand at bargaining.
- FifTEEN? - The look on the Cuban’s face was priceless. It told us we went too far. He was shocked and really taken aback by such blatant attempt at daylight robbery.
- OK, then, no deal - we thanked him and walked out. No shaking of hands this time. Later on we went into a cigar shop in Varadero and found out that he really did have good prices, assuming he was selling the real deal, and not some dried banana leaves. After this adventure we were very careful not to engage in too much chatter with locals to avoid disappointment on both sides.

We kept on walking along the main street, passing markets with Cuban “art” and souvenirs, the local party headquarters, posh tourist shops and local grocery stores with empty shelves and people queuing outside. We saw the odd Cuban on a bike with a cigar in his mouth, always with a cigar in his mouth. We were passed by young Cubans coming home from work, usually two on a bike, one pedaling, the other hanging onto the handlebars. More horse-drawn carriages offering us rides, taxis honking to draw our attention, sweaty tourists, local bars inviting us for a drink in the shade. Finally, we made it to Calle 15, where the main market was located. Indeed, it was bigger than the other markets, so we walked around looking at the selection of the local arts and “arts”, trying to plan for souvenirs. In the end we bought two ceramic masks and that was it. Our Cuban souvenirs purchased! A quick trip to the local beach and we were ready to head back to the hotel.

- Let’s see if one of the coco taxis takes us back to the hotel - I wasn’t about to walk back all the way!
- 5 pesos each - was the price. Luckily, strategically placed 6 pesos in loose change, presented to the lady driver changed the price in our favour. 10 minutes of a nice cooling ride in an open cab of a motorcycle powered taxi and were ready to jump into the cooling waters of our hotel pool.


Tego samego wieczora spotkaliśmy się z Anią i Adamem na kolacji, gdzie przedstawiliśmy się też ich nowym znajomym, Ani i Darkowi z Łodzi. Od razu przypadliśmy sobie do gustu i resztę wieczora spędziliśmy grupowo, najpierw popijając drinki w hotelowych barach, tańcząc salsę podczas zajęć Animacion i w końcu wychodząc do baru Calle 62 w Varadero. Nawet wieczory na Kubie są tak gorące, że bary i kluby składają się z reguły z dachu wspartego na palikach, żeby ochronić przed deszczem, a jednocześnie zapewnić ruch powietrza. Po rundce mojitos i kolejnej dawce salsy podczas ulicznego tańczenia wróciliśmy do hotelu i padliśmy do łóżek.

Następnego dnia humory mieliśmy dużo lepsze, jakoś pogodziliśmy się z naszą sytuacją finansową, w czym pomogło nam spędzenie poprzedniego dnia na plaży. Zdecydowaliśmy, że w sumie niewiele więcej trzeba robić na Kubie, wystarczy pomoczyć się w turkusowej wodzie i też będzie dobrze. Kolejny dzień rozpoczęliśmy więc właśnie tak - zabraliśmy nasz sprzęt do nurkowania i poszliśmy na plażę. Niestety, nie było raczej czego podziwiać w wodzie, bo poza piaskiem nic tam nie było. Powygłupialiśmy się więc, wykorzystując tropikalny deszcz w okolicach lunchu na pomoczenie się w ciepłej wodzie z dużo chłodniejszym deszczem padającym na wystające części ciała. Super odczucie!

Po lunchu zdecydowaliśmy się przejść do Varadero i z listą miejsc wartych odwiedzenia, którą dał nam Lazaro, powędrowaliśmy do miasta. Już na wysokości 64. ulicy (Calle 64) zostaliśmy zaczepieni przez woźniczego dorożki.
- Daleka droga, gorąco, zawiozę was na market za 10 pesos - ciekawa oferta, ale nasza sytuacja finansowa nie pozwalała na rzucanie pieniędzmi w pierwszego napotkanego człowieka.
- Nie, dziękujemy, przejdziemy się
- To ja was zawiozę za 6 pesos! - no tak, wystarczy udać brak zainteresowania i oferty się polepszają. Ale chcieliśmy zobaczyć Varadero z bliska, więc podziękowaliśmy i rozpoczęliśmy spacer.
Gdzieś na wysokości Calle 50 znów zostaliśmy zaczepieni, tym razem przez przypadkowego lokalnego.
- Cygara, tanio! - zachęcał - Chodźcie, chodźcie!
Łukasz i tak chciał kupić jakieś cygara, więc pozwoliliśmy się zaprowadzić do domu, do pokoju z przodu domu, umeblowanego dwoma krzesłami, stolikiem, telewizorem i odtwarzaczem DVD. Zamiast szyb w oknach były żelazne żaluzje, zamknięte dla ochrony przed słońcem. Kubańczyk przyniósł kilka pudełek cygar, dał do powąchania i do pomacania, cały czas zapewniając, że to prawdziwe cygara.
- Prawdziwe, z fabryki, Cohiba, Montechristo, powąchajcie - zachęcał do zakupu. Zrozumienie skończyło się przy cenie - on nie był pewien ile powinien chcieć za pudełko Montechristo, zadzwonił do fabryki, ale nikt nie odbierał, w końcu sam wymyślił cenę.
- 30 pesos - hmmm, ale czy to dobra cena? Nie wiedzieliśmy, jeszcze nie mieliśmy okazji zobaczyć cygar w normalnym sklepie.
- Dam ci 15 pesos - Łukasz próbuje wytargować lepszą cenę.
- PiętNAŚCIE? - mina Kubańczyka dużo nam wyjaśniła, szok na tak bezczelną próbę zbicia ceny, od razu wiedzieliśmy, że nic z tego nie będzie.
- No dobra, to nie kupujemy, dziękujemy - wyszliśmy, tym razem już bez podania rąk. Później weszliśmy do sklepu w Varadero i okazało się, że faktycznie dobre ceny miał, ale cóż, za poźno. No i jaką mieliśmy gwarancję, że nie były to suszone liście bananowca zamiast tabaki? Po tej przygodzie nie dawaliśmy się wciągać w dyskusje z lokalnymi, żeby uchronić obie strony od niepotrzebnych rozczarowań.

Szliśmy dalej główną ulicą Varadero, mijając markety ze “sztuką” kubańską i pamiątkami, lokalny oddział partyjny, odstrzelone sklepy dla turystów z półkami uginającymi się pod kolorowymi produktami i sklepy dla Kubańczyków z pustymi półkami i kolejkami. Widzieliśmy starszych Kubańczyków na rowerach, z cygarami w ustach - zawsze z cygarem. Widzieliśmy młodszych Kubańczyków wracających na rowerach do domu, z reguły po dwie osoby, jedna pedałuje, a druga trzyma się kurczowo kierownicy. Mijały nas dorożki, taksówki trąbiące, by zwrócić naszą uwagę, spoceni turyści w barach zachęcających do przerwy w cieniu z zimnym drinkiem. W końcu dotarliśmy do Calle 15, gdzie według instrukcji Lazaro znaleźliśmy największy market w Varadero. Przeszliśmy się między namiotami, podotykaliśmy wyrobów i zdecydowali się na dwie ceramiczne maski jako pamiątki z Kuby. Z poczuciem dobrze spełnionego turystycznego obowiązku poszliśmy jeszcze zobaczyć lokalną plażę i postanowili wracać do hotelu.

- Może spróbujemy wziąć jedna z coco-taksówek pod hotel? - nie miałam zamiaru wracać na piechotę tą samą długą drogą w skwarze.
- 5 pesos od osoby - niezła cena. Na szczęście mieliśmy strategicznie schowane 6 pesos w drobniakach, które przekonało panią kierowcę do zawiezienia nas obojga, mimo braków finansowych. Dziesięć minut przyjemnej jazdy w odkrytej kabince motocyklowej taksówki i już mogliśmy wskoczyć do chłodnej basenowej wody.

Seasoned travelers in Cuba / Doświadczeni podróżnicy na Kubie

Posted: Monday, June 9th, 2008 @ 11:29 am in OE | 2 Comments »

The next day after breakfast we had our orientation, with a very nice Cuban gentleman named Lazaro. We already had our side trips picked out: we wanted to go diving in the Bay of Pigs, spend one night in Havana and one night in Trinidad’s mountains. Easy. Straight away Lazaro knew we weren’t from Canada.
- Canadians usually do a day trip to Havana and spend the rest of the time lying by the pool - he said. - You must be from Europe.
Finally, the time to pay came and I flashed my brand new World’s Local Bank’s Master Card.
- Do you have another card? Maybe a Visa? I know that this one doesn’t work in Cuba. It’s an American bank.
- This is a Hong Kong bank. It should work!
- China is our friend, maybe you’re right. Let me call the bank. - Lazaro helpful, as always.

- I told you, American bank. - he came back shaking his head. Well, we do have other cards. Safely stored in our apartment in Vancouver. So all we could do was pay for the trip we could afford and try to organize some more money. Our first idea was to try and find someone from New Zealand or Canada, and ask for their help. After about a second approached couple we finally heard what we were saying.
- Hi, we have a bit of a problem here and we were wondering if maybe you could help us. We just found out that our credit cards don’t work here and we have very little cash so we were wondering if you would be willing to help us out. We could do an Internet transfer of funds into your account and you could either sell us some cash or pay for our trips with your credit card… - needless to say there was a distinctive lack of willingly helpful Canadians. And an even more distinctive lack of New Zealanders, helpful or otherwise.

While walking around trying to spy yet another victim likely to hear our story, Lukas heard a Polish couple talking. They were around our age, so he approached them and after a short introduction he explained our situation. They were just as weary and suspicious, but after some talking and getting to know each other, Adam finally agreed to help us out. To make a long story short, we called our bank, transferred some money into Adam’s credit card, which cleared a few days later and Adam sponsored our trip to Havana. That is how we met Ania & Adam, who became our friends in the coming week.

The rest of the day, which by this time was already approaching late afternoon, was spent chilling at the beach. We needed to relax after such a stressful morning and what better way to do that than warm sea, sun and drinks with high rum content.


Następnego dnia rano mieliśmy umówione spotkanie z Lazaro, kubańskim przedstawicielem naszego biura podróży. Lazaro miał za zadanie pomóc nam w zaplanowaniu naszego wolnego czasu na Kubie. My już wiedzieliśmy co chcemy robić, więc wycieczki mieliśmy wybrane: nurkowanie w Zatoce Świń, wycieczka do Hawany z noclegiem i wypadem do klubu Tropicana, oraz dwudniową wyprawę w góry Trynidadu. Lazaro od razu wiedział, że nie jesteśmy kanadyjczykami.
- Kanadyjczycy jadą na wycieczkę do Hawany, a resztę wakacji spędzają przy basenie albo na plaży - powiedział. - Wy musicie pochodzić z Europy.
W końcu nadszedł czas płacenia i wyciągnęłam moją nowiutką kartę kredytową z Lokalnego Banku Świata (jak się reklamuje HSBC).
- A może macie inną kartę? Visę na przykład? Z doświadczenia wiem, że ten bank nie działa na Kubie, bo ma powiązania z Ameryką.
- Ależ to jest bank z Hong Kongu! Powinno działać! - LOKALNY Bank Świata!!!
- Chiny to nasi przyjaciele, zadzwonię do banku sprawdzić - Lazaro dzielnie stawiał czoła naszemu przekonaniu.

- No niestety, tak jak mówiłem. Amerykański bank - wrócił kręcąc przecząco głową. Jasne, że mamy inne karty. Schowane w bezpiecznym miejscu w mieszkaniu w Vancouver. Co mogliśmy zrobić - zapłaciliśmy za wycieczkę, na którą było nas stać, podziękowaliśmy Lazaro i postanowiliśmy zdobyć jakoś więcej pieniędzy. Nasz pierwszy pomysł to znaleźć kogoś z Nowej Zelandii lub Kanady i poprosić o pomoc. Nie zajęło nam zbyt długo, żeby się zorientować, że ten sposób raczej nie wypali. No, bo czy pomoglibyście komuś z taką historią:
- Cześć, słuchajcie, mamy problem, właśnie się dowiedzieliśmy, że nasze karty kredytowe nie działają tutaj, a nie przywieźliśmy wystarczająco gotówki, więc szukamy kogoś skłonnego nam pomóc. Moglibyśmy przelać pieniądze przez Internet na wasze konto i w ten sposób albo kupić od was trochę gotówki, albo poprosić o użycie waszej karty kredytowej na zapłatę za nasze wycieczki… - nic dziwnego, że nie spotkaliśmy żadnych kanadyjczyków skłonnych do pomocy. Ani żadnych nowozelandczyków, pomocnych lub nie.

Podczas naszych przechadzek w poszukiwaniu kolejnej ofiary skłonnej do wysłuchania naszej historii Łukasz usłyszał rozmowę po polsku. Podszedł się przedstawić i po krótkim wstępie wyłuszczył nasz problem. Para w naszym wieku, z Ottawy, tak samo sceptycznie odniosła się do naszej prośby. Ale po dłuższej rozmowie i bliższym zapoznaniu się, Adam zgodził się nam pomóc. Żeby skrócić długą już historię, my zadzwoniliśmy do banku i przelaliśmy pieniądze na Adama kartę kredytową, fundusze pojawiły się tam po kilku dniach, my się w międzyczasie zaprzyjaźniliśmy z Adamem i Anią i pojechaliśmy z nimi na wycieczkę do Hawany, sponsorowaną przez Adama kartę kredytową.

A resztę dnia spędziliśmy odpoczywając na plaży. Po tak stresownym rozpoczęciu wakacji potrzebowaliśmy relaksu w postaci słonej wody, słońca i napojów z dużą zawartością rumu.