ATAAHUA ORA

…beautiful life

Archive for May, 2008

Of wisdom teeth and Moomins / Zęby mądrości i Muminki

Posted: Wednesday, May 14th, 2008 @ 10:41 pm in Canada, OE | 3 Comments »

All four of my wisdom teeth decided to come out. One has already been removed and I managed to escape any drama - there was no swelling, hardly any discomfort and I even managed to attend Ben & Tori’s wedding in Hamilton the next day. One is growing in place of another tooth that was taken out when I was little - it slid down my gum into a hole left by the other tooth and now it pretends it no longer is a wisdom tooth. Another one was extracted a few weeks ago. It took all of 20 seconds and it was out. Unfortunately, I also had another molar extracted and this one held onto dear life. The dentist and her help must have spent at least 20 minutes pulling, twisting, pushing and extracting. Needless to say, the damage was quite visible. But not until the next day. And the next. And the next. To my husband - I was a Moomin. At work I was asked to not be selfish and share my nuts. It was all fun to everyone around me. I don’t want to be mean to you guys, who couldn’t see me, so here you go. Laugh all you want.


Wszystkie cztery zęby mądrości w mojej szczęce zdecydowały się na pojawienie. Jeden został usunięty już jakiś czas temu, praktycznie bez żadnych skutków ubocznych. Żadnego spuchnięcia, praktycznie bezboleśnie, nawet udało mi się zaliczyć bardzo udane wesele Bena i Tori w Hamilton następnego dnia po rwaniu. Drugi wyrósł na miejscu innego zęba, który został wyrwany w czasie mojej młodości. Zjechał sobie po szczęce w miejsce po brakującym zębie i udaje, że wcale nie jest zębem mądrości. Trzeci został wyrwany kilka tygodni temu. Opierał się całe 20 sekund. Niestety, w tym samym czasie miałam usuwanego też innego zęba, który trzymał się rękami i nogami (i korzeniami). Dentystka wraz z pomocą zapierała się dobre 20 minut ciągnąc, obracając i popychając. Jak można się domyślić - tym razem bez traumy się nie obyło. Spuchnięcie pojawiło się następnego dnia. Trzeciego dnia ledwo widziałam na oko. Czwartego się przyzwyczaiłam, a piątego opuchlizna zaczęła schodzić. W domu mąż pieszczotliwie ochrzcił mnie Muminkiem. W pracy koledzy prosili o podzielenie się orzechami. Wszyscy dookoła mnie mieli niezły ubaw, więc i wam, którzy nie mieliście okazji mnie obejrzeć, nie chcę odbierać tej przyjemności. Śmiejcie się ile chcecie.

Moomin aka Hamster / Muminek lub chomik
Moomin aka Hamster / Muminek lub chomik

Listening to Cake / Słuchając Cake

Posted: Wednesday, May 14th, 2008 @ 1:52 pm in Canada, OE | No Comments »

The experience of trying to synchronise with Reuben for a catch up this week resulted in us getting some tickets to Cake for last night. We both know and like a few songs by them, so we thought why not make it our first concert outing in Vancouver - and it turned out we know quite a few more than we realised! Anyway, the night started at UnWined, where our group of 4 couples annihilated all the starters from the menu (we called it “tapas”) and 4 bottles of wine. This tapas thing worked really well, we all got to try a little bit of everything (I skipped the duck salad and some other people skipped the foie gras) and walked out nicely plastered and rather full. Good start to an evening.

Next was the concert and when we got to the Vogue Theater the warm-up band was playing. They were called Paper Lions (love that name!) and were rather good. We only caught a couple of songs by them as the dinner ran a bit late and soon afterwards Cake walked onto the stage. They never use a set list, so they played what they felt like at the moment, the lead singer often consulting the rest of the band as to what they want to play next. He also tried to give us some inspirational speeches but fell rather short - we suspect mostly due to his level of intoxication. They played a lot of their hits, which was fantastic, and also some of the new stuff from the latest album, Comfort Eagle, which was pretty good too. At the end they gave out a planted tree to the oldest member of the audience, who would publicly reveal their age - and the tree went to a 57 year old guy. Apparently in Seattle they had a 73 year old at the concert - pretty impressive! Everybody had such a great time that when they finally left the stage the audience gave them such applause and calls for encore that they came back and played 4 or 5 more songs, including Short Skirt/Long Jacket and The Distance. After this the drummer threw his sticks to the audience so we knew that was it.

After the concert Ryan and Darryl headed home to Kitsilano and the rest of us started walking in the rain to the West End, where we all live. Weak calls for a taxi were quickly abandoned, it was fun just walking and talking, so when we started to get close to home we decided to spend a bit more time together and went to the Bunker for a night cap. We were the only people there and convinced the bartender, Scott, to give us a couple of rounds of flaming drinks. He happily obliged, setting the top of the bar on fire twice and taking active drinking part in both rounds. That was when Roz decided she had enough and went home and the five of us stayed for a bit longer. The night cap soon became two pitchers of beer for the boys and Willow and two tall glasses of water for me (red wine headache!). When Dwight managed to convince Scott into giving them another pitcher of beer I decided I had enough and walked home, leaving those party animals there. Lukas stumbled home shortly after 2am, about an hour after me, and spent the night on the couch, where he fell asleep waiting to sober up. Waking up this morning was painful - but last night was worth it!


Próba zsynchronizowania planów w celu spotkania się z Reubenem i Roz zakończyła się zakupem dwóch biletów na koncert Cake. Oboje znamy i lubimy piosenki Cake, więc długo nie trzeba było nas namawiać, a na koncercie okazało się, że znamy ich nawet więcej niż myśleliśmy. Wieczór rozpoczął się kulturalnie, kolacją w UnWined, gdzie grupowo pożarliśmy całe menu przystawek, nazywając je “tapas”. Całkiem dobrze nam szło dzielenie się jedzeniem - biorąc pod uwagę, że było nas 8 osób! - każdy spróbował każdego dania, omijając to, czego nie chciał (na przykład ja ominęłam kaczkę, a niektórzy foie gras - wątróbki z gęsi), popijając to wszystko 4 butelkami wina. Po kolacji poturlaliśmy się wesoło w stronę Teatru Vogue, gdzie odbywał się koncert.

Zdążyliśmy jeszcze złapać końcówkę koncertu grupy rozgrzewającej, która nazywała się Paper Lions (Papierowe Lwy - super nazwa!). Byli całkiem nieźli, przynajmniej te kilka piosenek, które usłyszeliśmy. Niedługo potem na scenę wkroczyli Cake i prawdziwy koncert się zaczął. Cake nigdy nie ustawia listy piosenek z góry - każdy koncert jest inny, bo grają to, na co akurat mają ochotę. Zagrali dużo starszych znanych piosenek i trochę z nowego albumu, Comfort Eagle, które też były niezłe. Wokalista próbował nam również przekazać głębsze swoje przemyślenia filozoficzne, co mu niezbyt wyszło - podejrzewamy, że to z powodu ilości wypitego alkoholu przed koncertem. Na koniec oddali drzewko w doniczce najstarszej osobie na widowni, która nie wstydziła się publicznie wyjawić swojego wieku. Drzewko poszło do gościa, który przyznał się do 57 lat - ale rekord podobno należy do 73. letniego dziadka z Seattle! Na zakończenie zgotowaliśmy im taki aplauz i krzyki o encore, że udało się nam wyżebrać jeszcze 4 czy 5 piosenek, między innymi słynne Short Skirt/Long Jacket i najsłynniejszy The Distance na koniec. Po tym perkusista rzucił pałeczkami w widownię, więc wiedzieliśmy, że to już na pewno koniec koncertu.

Po koncercie Ryan i Darryl poszli do domu do Kitsilano, a nasza reszta skierowała się w stronę West End, gdzie wszyscy mieszkamy. Padał deszcz, szło się nam wesoło, za szybko zaczęliśmy się zbliżać do pierwszego mieszkania, więc zdecydowaliśmy się nie kończyć jeszcze wieczoru. Wpadliśmy do Bunkra na ostatnią kolejkę, gdzie znudzony barman bez problemu dał się przekonać do zaserwowania nam płonących drinków. Dwa razy zapalił powierzchnię baru, oba razy biorąc czynny udział w likwidacji zawartości szklanek. Gdy rozpoczęły się rozmowy na temat zamówienia dzbanka piwa, Roz zdecydowała, że dla niej wystarczy atrakcji i poszła do domu. Nasza piątka usiadła wygodnie przy barze i gadając między sobą i z barmanem unicestwiła dwa dzbanki piwa (chłopaki i Willow) i dwie szklanki wody (ja - ból głowy po czerwonym winie do kolacji). Kiedy rozmowy niebezpiecznie zaczęły wskazywać na próbę wyłudzenia trzeciego dzbanka piwa przez Dwighta, ja zdecydowałam się zwinąć żagle i poszłam do domu. Łukasz doturlał się godzinę po mnie, krótko po 2 nad ranem. Noc spędził na kanapie, gdzie zasnął podczas prób wytrzeźwienia. Wstawanie rano było bolesne - ale wieczór tego warty!

Cake
Cake - photo from starpulse.com

New photos / Nowe zdjęcia

Posted: Friday, May 9th, 2008 @ 7:52 pm in Canada, OE | No Comments »

Catching up yet again. I haven’t exactly fallen behind (yeah, I know, lame excuse) but there are a few things coming up that will probably produce more photos so I thought I better get these out there as soon as possible. All of the photos I just posted are from some time ago but they didn’t really warrant an album of their own, so I gathered them all together into two albums: Fall in Vancouver and Winter in Vancouver. From these albums you can see how much varied stuff we did during those two seasons. Obviously, our winter was dominated by snowboarding - and all of the resorts will be up there soon, we’re just missing Cypress and Grouse, coming soon. Enjoy the photos in the meantime, more coming!


I znowu próbuję nadgonić. Tak naprawdę to nie jestem za bardzo do tyłu (jasne, jasne), ale zbiera się nam na kilka ciekawych imprez w niedalekiej przyszłości, które niehybnie zaowocują nowymi zdjęciami. Więc czas zabrać się za te historyczne już zdjęcia. Wszystkie zdjęcia w tych albumach były zrobione już jakiś czas temu, ale jakoś nie było ich wystarczająco na osobne albumy. Dlatego zostały zebrane w dwa: Jesień w Vancouver i Zima w Vancouver. Po ilości zdjęć widać co robiliśmy w czasie tych dwóch pór roku - wiadomo, zimę spędziliśmy na różnych górach zjeżdżając na deskach, ale zdjęcia z tych wypadów są w osobnych albumach. Brakuje chyba tylko Cypress i Grouse, które pojawią się niedługo. W międzyczasie przyjemnego oglądania nowych zdjęć, będzie więcej!