ATAAHUA ORA

…beautiful life

Archive for March, 2008

Happy Easter! / Wesołego Jajka!

Posted: Thursday, March 20th, 2008 @ 9:20 pm in Canada, OE | 1 Comment »

Somehow Easter snuck up on us this year, so don’t expect any postcards. Happy Easter, everyone! We’re off to Calgary and Banff and Lake Louise tomorrow, where we’ll be snowboarding, sightseeing, walking on frozen lakes and taking lots of pictures. In the meantime, here are some pictures from Mt Baker, where we spent last weekend.


Jakoś w tym roku Wielkanoc na nas napadła znienacka, więc prosimy nie spodziewać się kartek z życzeniami. Wesołych Świąt, grzecznych baranków i miękkich zajączków, kolorowych pisanek i mokrego dyngusa! My jedziemy świętować do Calgary, Banff i Lake Louise, gdzie będziemy snowboardować, zwiedzać, chodzić po zamarzniętych jeziorach i robić tonę zdjęć. W międzyczasie zapraszamy do obejrzenia albumu ze zdjęciami z Mt Baker, gdzie spędziliśmy ostatni weekend.

Nerves of steel / Stalowe nerwy

Posted: Monday, March 10th, 2008 @ 2:32 pm in Canada, OE | 1 Comment »

Following on the theoretical smuggling story, here’s what really happened when we attempted it.

The border is only around 50 km from our house but we were warned that the waits to enter the US can be long - so it pays to get up early and try to avoid the rush. So we got up early-ish, left house around 8am and arrived at the border before 9am to a 40 minute wait. Not too bad. We spent the 40 minutes in the car being silly, with our stomachs rumbling (breakfast was waiting on the other side of the border, in Seaside Cafe, recommended by a friendly smuggler extraordinaire) and the excitement levels building. We decided on a story (we’re going to see a friend in Blaine, who we know because I worked with him) and generally felt ready. Until the driver missed a stop sign before the customs booth and was reprimanded.
- What are you doing here? - asked the customs officer, looking menacingly at the driver.
- Where should I be? - asked the baffled driver, looking fearfully at the man with the power (and a very obvious gun in his holster).
- Behind the stop line - replied the officer, pointing to the BIG RED STOP SIGN behind our car - Stay where you are.
This put a stop to our giggling and silliness and elevated the excitement levels just a tad, inching towards the “stress” end of the scale. The officer slapped a bright orange piece of paper to our windshield and told us to drive to a side lane, where another officer pointed out the parking spot reserved for us.
- Do you think they’ll do a cavity search? - asked the anxious passenger.
Turned out all they wanted from us was our fingerprints and new mugshots, as the 6 months from our last visit to the US has passed - and we needed a new re-entry pass. Of course, nobody told us we needed the bright orange piece of paper, so Lukas went back to the car to get it.
- Sir, stop running immediately! - yelled a lady customs officer at Lukas. Lukas stopped obediently and walked slowly the rest of the way to the car.
In the meantime, I was being interrogated by another customs officer.
- Where are you going and why? - asked the officer.
- Just to Blaine, we’re meeting a friend - I replied, feeling slightly harassed.
- What is the friend’s address?
- Ummm, I don’t know, we’re meeting him in a cafe…
- You don’t know where your friend lives? Does he live in Blaine?
- Ummmm, I think he lives in Seattle…. - there goes the carefully rehearsed story.
- How do you know him then? - this officer knows his job, that’s for sure!
- Long story, officer, he’s a boyfriend of an old friend of my boyfr… I mean husband, from South Africa… - my story started going a bit pear-shaped.
- Alright then, place your left index finger there…. - phew! Saved!
Then Lukas walked in. I turned towards him and tried sending him frantic signals, telling him that the story evolved and to keep his mouth shut. He didn’t get any of this, of course, but luckily the officer decided he stressed me enough and just fingerprinted Lukas without asking him any questions.

We made it!!!! Next time we’re going to say we’re going shopping as far south as it takes - maybe even to Seattle. They don’t really care. All they care about is how many explosives you have on you and if your name pops up in their high-tech terrorist databases.


Więc teraz będzie praktyczna historyjka na temat przemytu budująca na poprzedniej, teoretycznej historyjce na temat przemytu.

Do granicy mamy tylko około 50 km z naszego domu, ale powiedziano nam, że kolejki na granicy mogą być przydługawe, dlatego warto wcześniej wstać i próbować ominąć cały ten turystyczny tłum. Wstaliśmy więc wczesnawo, wyjechaliśmy z domu koło 8 rano i na granicy byliśmy przed 9. 40 minut czekania w kolejce minęło nam dosyć szybko na śmichaniu się, wygłupianiu i budowaniu emocji u siebie nawzajem. Uzgodniliśmy też oficjalną wersję historyjki: jedziemy do Blaine, spotkać się z kolegą, którego znamy, ponieważ kiedyś z nim pracowałam. Zwarci i gotowi podjechaliśmy do budki celnika. Celnik łypnął w naszą stronę.
- Dlaczego tu stoisz? - celnik skierował pytanie do kierowcy.
- A gdzie mam stać? - spytał kierowca niepewnie, spoglądając na celnika ze strachem w oku.
- Za tym znakiem stopu! - odpowiedział celnik, demonstrując od niechcenia pistolet na biodrze. - Stój gdzie stoisz, nigdzie się nie ruszaj.
Nasze śmichy-chichy zostały skutecznie ukrócone. Emocje zaczęły niebezpiecznie zbliżać się do poziomu zdenerwowania. Celnik przykleił na przednią szybę wściekle pomarańczową kartkę papieru, machnął ręką w kierunku pasów parkingowych obok i kazał tam zaparkować. Inny celnik pokazał nam dokładnie, w którym miejscu mamy stanąć.
- Czy myślisz, że zrobią nam rewizję osobistą? - spytał lekko spłoszony pasażer.
Na szczęście okazało się, że chcieli od nas tylko nowe odciski palców i zdjęcia, bo od naszego ostatniego wjazdu do Stanów minęło już ponad 6 miesięcy. Oczywiście, nikt nam nie powiedział, że potrzebny jest też ten pomarańczowy świstek. Łukasz poszedł do auta, żeby go przynieść.
- Proszę natychmiast przestać biegać! - wydarła się celniczka. Łukasz natychmiast zwolnił i już powoli pokonał resztę dystansu do samochodu.
W międzyczasie, ja prowadziłam konwersację z celnikiem od paszportów.
- Gdzie jedziecie i po co? - spytał celnik.
- Tylko do Blaine, spotykamy znajomego - odpowiedziałam spokojnie.
- A jaki jest adres znajomego?
- Hmmm, nie wiem, spotykamy się z nim w kafejce…
- Nie wiesz, gdzie twój kolega mieszka? Mieszka w Blaine?
- Hmmm, raczej nie, mieszka chyba w Seattle… - historyjka zaczyna się sypać.
- A skąd się znacie z kolegą? - celnik wyraźnie ma doświadczenie w takich rozmowach.
- O, to długa historia. Jest chłopakiem dawnej znajomej mojego chłopa… to znaczy męża, z Południowej Afryki - zaczynam plątać się w zeznaniach.
- No dobrze, proszę przyłożyć palec wskazujący tutaj… - ufff, udało się!
Wtedy wszedł Łukasz, dumnie dzierżąc w dłoni wściekły pomarańczowy świstek. Obróciłam się w jego stronę i telepatycznie próbowałam przekazać, że historyjka się sypła, niech nic nie mówi. Oczywiście, nic z tego nie pojął, na szczęście celnik zdecydował, że ja wystarczająco namieszałam i Łukasza już o nic nie zapytał.

Następnym razem powiemy, że jedziemy na zakupy. Tak daleko na południe, jak będzie trzeba. Może nawet do Seattle. Celnikom po tej stronie granicy nie robi to różnicy, ciekawi są jedynie ile materiałów wybuchowych mamy ze sobą i czy czasem nasze nazwiska nie pojawiają się w bazie danych o terrorystach.

Smuggling / Przemyt

Posted: Monday, March 10th, 2008 @ 12:05 pm in Canada, OE | 1 Comment »

OK, so I had a writer’s block. I was still reading lots of blogs and other stuff on the net, just didn’t feel like writing. That included emails, too, so if you’re waiting for an email from me - I’m working through a backlog, be there soon!

But I wanted to write about something else, another thing that irks me about Canada - the difference in price between things in Canada and the same things in the US. Especially now, that the Canadian dollar is actually STRONGER than the greenback, this doesn’t make sense. And we’re not talking $10 differences, either, these could be explained by higher transport costs or such. No, we’re talking $100s at the extreme! Example: Burton Escapade snowboard bindings. Canadian price: CDN$337.87 (CDN$299 plus taxes: PST 7% + GST 6%). US price: US$229. Canadian price on special: CDN$239 (plus taxes, of course). US price on special: US$130.
Which brings me to the topic of this entry. How do you get US prices but still live in Canada and enjoy the Canadian lifestyle? You buy on the Internet and get it shipped, duh!
No, wait, that doesn’t work. Most US shops do not ship to Canada due to “free trade agreements” between the manufacturer and the distributor (huh? free trade?).
You buy on the Internet and get it shipped to the US!
This is actually pretty easy and gives a good enough reason for existence to quite a few border towns - mailboxes. You hire a mailbox in a border town on the US side. You pay something extravagant, like $10 a year for an address that looks like a normal street address and for someone to be there and sign for your package. You are ready to enjoy the freedom of shopping in the US at the US prices! Then, once in a while, you drive to the south side of the border to pick up your shopping and pay another extravagant fee, like $1 per shipment.
Now, if you’re a good Canadian citizen, you declare your shopping on the border and pay the GST. Which, if you already saved $100 on a price of $200, is going to be peanuts. Or if you don’t feel as patriotic - make your shopping look like you always have it with you in the car. No sir, I always have two pairs of brand new bindings in my car just in case. Chances are that even if you do declare it and it ends up being under a certain amount you will get waved through anyway. Score!

And this is how you smuggle little things from America, the land of the free, to Canada, the land of the laid-back.


Kolejną rzeczą, która denerwuje mnie w Kanadzie jest różnica w cenie praktycznie wszystkiego u nas i po drugiej stronie granicy - w Stanach. I nie chodzi tu o $10 różnicy - to możnaby wytłumaczyć wyższymi kosztami transportu albo coś w tym stylu. Nie, mówimy tutaj nawet o setkach dolarów różnicy! Na przykład: wiązania do desek snowboardowych Burton Escapade. Cena kanadyjska: CDN$337.87 (CDN$299 + 6% podatku GST + 7% podatku PST). Cena amerykańska: US$229. Cena kanadyjska na wyprzedaży: CDN$239 (plus podatki, oczywiście). Cena amerykańska na wyprzedaży: US$130. Nie ma to najmniejszego sensu, zwłaszcza teraz, kiedy dolar kanadyjski jest SILNIEJSZY od amerykańskiego.
Więc jak można to zrobić, kupować w Stanach, ale mieszkać w wyluzowanej Kanadzie? Kupować przez Internet, oczywiście!
Czekaj, czekaj, tak się nie da. Większość sklepów amerykańskich ma podpisane umowy z fabrykami, że nie będą sprzedawać poza Stany - oficjalnie dlatego, żeby chronić wolność rynku (że co? Co to za wolność?)
A więc jedynym wyjściem pozostaje kupować przez Internet i wysyłać do Stanów!
I w ten oto sposób znaleźliśmy główny powód egzystencji wielu przygranicznych miasteczek - skrzynki pocztowe. Wynajmujesz sobie skrzynkę pocztową na południe od granicy za ekstrawagancką cenę $10 na rok. Za tą cenę dostajesz normalny adres, jak do domu, i kogoś, kto zawsze tam będzie, żeby podpisać odbiór twojej paczki. I już jesteś gotowy na szaleństwo zakupów w Stanach, po amerykańskich cenach, z wygody własnego fotela w Kanadzie! Potem tylko raz na jakiś czas trzeba granicę przekroczyć i odebrać paczki płacąc kolejną ekstrawagancką opłatę $1 za paczkę.
Teraz doszliśmy do sedna sprawy. Jeśli jesteś porządnym kanadyjskim obywatelem - zadeklarujesz swoje zakupy na granicy. Tam każą zapłacić ci 6% podatku GST i po krzyku. Co i tak jest niewielką ceną do zapłacenia, jeśli już zaoszczędziłeś ponad $100 na zakupach za $200. Jeśli zaś nie czujesz się zbyt patriotycznie, zawsze możesz paczki rozpakować i udawać, że zawsze wozisz ze sobą takie rzeczy jak dwie pary nowych wiązań do desek snowboardowych (bez desek) na wszelki wypadek. Jest szansa, że nawet jeśli zadeklarujesz swoje zakupy, a suma wydanych pieniędzy będzie poniżej jakiejś tam wartości, celnik i tak machnie na to ręką.

I tak odbywa się drobny szmugiel na granicy amerykańsko-kanadyjskiej.