Gaspesie
During our travels in Northern Quebec we took the opportunity to visit Parc de la Gaspesie - a national park and faunical reserve on Gaspe Peninsula. Everybody spoke French, so it goes without saying our dictionary was our best travel companion.
The park surroundings relaxed us in no time and we stopped at a visitor center to find out which of the many hikes we could do. We wanted to go see caribou on Mont Jacques-Cartier but to get to this hike you must use a shuttle provided by the Parc and you must finish the hike by 4pm (so that tourists don’t disturb the caribou too much). We were already too late for that. Instead, the guide suggested we do Mont Joseph-Fortin for the views and later try Mont Ernest-Laforce for the chance to see moose!
Mont Joseph-Fortin turned out to be a real mountain, with incredibly steep access path made out of loose stones - stones getting bigger the higher up we went. The grueling climb was rewarded with beautiful views of a valley and other mountains from the Appalachian chain. It felt great to be in such a wilderness, where we only met one other couple (French, of course) at the summit.
W czasie naszych podróży po północnym Quebecu odwiedziliśmy też Parc de la Gaspesie - park narodowy i rezerwat zwierząt na półwyspie Gaspe. Oczywiście nie trzeba mówić, że jedynym uznawanym językiem był francuski i nasz słownik towarzyszył nam wszędzie.
W parku oboje poczuliśmy się bardzo zrelaksowani, pojechaliśmy do centrum informacyjnego dowiedzieć się, gdzie możemy się wybrać na poszlajanie po lesie. Chcieliśmy iść zobaczyć karibu na górze Jacques-Cartier, ale okazało się, że przyjechaliśmy za późno, gdyż ten akurat hike jest regulowany i trzeba pojechać tam autobusem. Zaproponowano nam dwa inne szlaki - Mont Joseph-Fortin, na widoki, i Mont Ernest-Laforce, gdzie mogłaby się nadarzyć okazja do spotkania łosi!
Mont Joseph-Fortin okazał się prawdziwą górą, na którą musieliśmy się wspiąć po strasznie stromym zboczu usypanym z luźnych kamieni. Mozolna wspinaczka została nagrodzona wspaniałym widokiem doliny z jeziorkiem na dole i ogólnymi widokami gór dookoła. Bardzo fajnie było znaleźć się w takiej głuszy, gdzie na szczycie spotkaliśmy tylko jedną parę francuskich turystów.
Steep enough for you? This is not a montage! / Wystarczająco stromo? To nie jest fotomontaż!
Two moose at the summit / Dwa łosie na szczycie
After the descend and a short rest we drove to Mont Ernest-Laforce, to look for moose. After about 10 minutes of walking we heard some rustling in the forest and stopped. First thing we saw were gray fluffy ears (I thought: donkey!), then gray fluffy nose (I thought: no, too big for a donkey. Horse!). Only then did I realise that I was staring a moose in the eye! She came out of the forest right next to us! Looked us up and down, decided that two puny humans are no threat to her and continued to devour everything that was growing within her reach: little trees, bushes, grass. We stood there, mesmerised, for at least 15 minutes and she kept on coming closer to us. A little bit later her baby joined her but it was so scared it didn’t come out of the forest, only stood there in a clearing. Mama moose didn’t pay too much attention to us, but the mosquitoes had a ball so we slowly returned back to the path and let the moose finish their dinner in peace.
Po zejściu i króciutkim odpoczynku pojechaliśmy dalej do Mont Ernest-Laforce, szukać łosi. Po 10 minutach spaceru usłyszeliśmy dziwne dźwięki w lesie i zatrzymaliśmy się. Pierwsze zobaczyliśmy włochate szare uszy (ja pomyślałam: osioł!), a potem szary włochaty pysk (ja pomyślałam: nie, za duże na osła. Koń!). Wtedy dopiero dotarło do nas, że patrzymy sobie z łosicą w oczy! Wyszła z krzaków praktycznie obok nas! Zlustrowała nas, stwierdziła, że nie stwarzamy zagrożenia i spokojnie zaczęła jeść co tylko jej się nawinęło pod pysk: choinki, drzewka, krzaki. Staliśmy tak z dobrych 15 minut obserwując ją, a ona powoli się do nas zbliżała. Po jakimś czasie z krzaków za nią wyłonił się mały łosik, ale był tak wystraszony, że nie wyszedł do nas. Łosica nie zwracała na nas większej uwagi, za to komary urządziły sobie ucztę, więc powoli się wycofaliśmy i daliśmy łosicy skończyć kolację w spokoju.
Mama moose during her photoshoot / Łosica w czasie sesji fotograficznej
The sun was slowly setting and the golden photographic hour was upon us. We used to take some photographs at the summit. Returning from there we managed to spot two more moose devouring the nature, again a mama moose with her baby. This time the baby was a bit bigger and his try at feeding on mama moose was met with her angry cry. We then noticed that the moose really damage the forest - they eat everything that grows within their reach - from grass level to about 2 metres above ground all the trees were eaten off their leaves and small branches.
Słońce powoli brało się za zachodzenie, więc zrobiła się złota godzina fotograficzna, która wykorzystaliśmy na szczycie na porobienie kilku zdjęć. Wracając ze szczytu wypatrzyliśmy jeszcze dwa łosie pustoszące naturę, znowu mama z małym, który już taki mały wcale nie był i próba zjedzenia mleka od mamy zakończyła się niezadowolonym rykiem łosicy. Wtedy zauważyliśmy też, że po krajobrazie widać od razu, czy w okolicy sa łosie czy nie - drzewa i krzaki objedzone z liści i sterczące kikuty gałęzi są dobrym wskaźnikiem obecności łosi, które jedzą wszystko, co tylko znajduje się w zasięgu ich miękkiego, włochatego pyska. A, i mają małe bródki!
Golden hour / Złota godzina fotograficzna
Looking at the moose we didn’t realise how late it was getting and our drive out of the park was happening in complete darkness. We almost hit a black bear, which decided to cross the road just when we were approaching. Not sure who was more surprised - but we’ll remember this meeting for a long time. Later on we also spotted a red fox and some deer, most probably white tail deer. The male was standing on the side of the road, his eyes glowing and his antlers casting shadows on the black forest behind him. He scared us!
Po drodze na nocleg przez park po ciemku prawie zderzyliśmy się z czarnym niedźwiedziem, który akurat wtedy zdecydował się na przechodzenie przed drogę. Nie wiem, kto się bardziej zdziwił - my czy on, ale spotkanie na długo zapamiętamy. Później spotkaliśmy jeszcze rudego lisa, dwie sarny i jelenia, który strasznie nas wystraszył - stał sobie przy drodze, nieruchomo, tylko świecił oczami i chwalił się porożem. Myślimy, że były to jelenie biało-ogonowe (white tail deer).

