Tanecznie
Pod koniec maja zapisaliśmy się razem z grupką znajomych na lekcje salsy. Głównie po to, żeby nauczyć się tańczyć w parach i nie zrobić sobie obciachu na własnym weselu
. Najpierw kroki podstawowe, później troszkę bardziej skomplikowane figury, aż po kilku lekcjach instruktorka zdecydowała, że jesteśmy gotowi na wypad do klubu. Okazało się, że może gotowi nie byliśmy, ale chociaż dzięki tańczeniu do muzyki napewno trochę się podszkoliliśmy. No i przede wszystkim można było tańczyć z partnerem CAŁY CZAS - bo w czasie lekcji niestety mieliśmy jednego chłopaka na 3-4 dziewczyny.
Lekcje już niestety się skończyły, zostawiając nas na poziomie “zaawansowanych początkujących”, ale w niedzielę postanowiliśmy zajrzeć do kasyna, gdzie zespół grał salsę na żywo. Dla mnie - bomba. Cały parkiet pełen tańczących ludzi, jednych lepiej, innych gorzej, ale wszyscy dobrze się bawili. Dla Łukasza - masakra. On widział tylko tych naprawdę dobrych i poczuł się onieśmielony. Koniecznie chciał iść do domu! Udało mi się wybłagać jeden taniec, ale nie z nim, a potem już musieliśmy opuścić kasyno i pojechać do domu. W domu nie dałam mu spokoju i potańczyliśmy sobie do troszkę wolniejszej muzyki, ale za to w zaciszu własnego salonu, bez tych wszystkich taksujących spojrzeń. I wiecie co? Naprawdę dobrze mu szło!